Jako panująca klasa robiłem za komuny trakt przez las, konkretnie – szuflowałem. Przejeżdżał pan leśniczy. Stanął.
- Cześć, Pieczul! Jak leci?
Jest w Polsce szlachecki zwyczaj, że starszy stopniem mówi do starszego wiekiem ty bez wzajemności, co oznacza serdeczność. W ogóle zwyczajów jest bez liku: do podpułkownika się mówi „panie pułkowniku”, wolnokupujący do wolnosprzedającej – „pani kierowniczko”, kołek do kapucyna – „panie profesorze”, stulatek do trzydziestolatka w komży – „ojcze”.
- Gówniano, panie leśniczy, ale nie narzekam.
- Sam robisz?
- Skąd! Nie dałbym rady.
- To z kim?
- Z całym narodem, z partią...
Drugi raz wpadłem w patriotyzm czytając książkę o wrocławskim Janie zakonniku. Jeśli choć w jednym z bogów jest tyle pogody i dowcipu, co w tym Janie, to szczerze żałuję, że nie wierzę. Zachwalając mocną azjatycką herbatę, Jan opowiada, co zaszło, kiedy Azjaci Polaków tą siekierą poczęstowali: Polacy przez trzy godziny nie mogli mówić, a tubylcy mieli święty spokój. Z przyczyn patriotycznych od razu pomyślałem, że ciekawe byłoby zobaczyć, co by zaszło, gdyby nasi poczęstowali ich czymś naszym.
W święto pracy spotkało się trochę bezrobotnej hołoty w leśnej chacie. Pasterską Azję reprezentował stary baran. Był polski koktajl: piwo, wódka, kwach. Odwrotnie niż rodacy przy herbacie: trzy godziny żeśmy gadali, a tryk spadł z rożna i się spalił. Budzę się w nocy, snuję się jak pan Twardowski po księżycu z wiadomych przyczyn – wpadłem na beczkę. Wsadziłem łeb, i szczerze mówię, że w życiu tyle nie wypiłem, takie to było smaczne. Wróciłem spać. Budzę się znów nad ranem – jak było niebo w gębie, tak teraz piekło. Wyskakuję z wyrka: drogi do beczki nie pamiętam! Ale gospodarz też wstał.
- Mów szybko – mówię – gdzie ta beczka z piciem!
- Tyś to pił!? Ja w tym moczyłem barana trzy dni!
Myślał, że mnie dniami przestraszy. Zanim się reszta pobudziła, w beczce nie było nic – najwyżej gęstwina. Więcej nie muszę opowiadać – każdy wie jak się szykuje do peklowania solankę.
Jest trzeci maja. Specjalne słońce świeci, bawią się dzieci, a ja wypiłem w domu ostatni kompot i wciąż smali. Żona-lekkoduch poszła do kościoła z pieniędzmi. Niech się dzieje, co chce – więcej patriotą nie będę. Owszem, pożyjesz od wielkiego dzwonu w liczbie mnogiej, to, tamto, ale, niestety, zdychasz sam.
Jerzy Pieczul






