Odrzutowce latają parami, w młodej trawie coś piszczy, kaloryfery grzeją nie gorzej od słońca, w sali – straszliwa duchota. Łuka, zamiast pracować dla kraju, więc i dla siebie, siedzi z czołem opartym na dłoni i rozmyśla. Właściwie nie to, że rozmyśla, po prostu – zamyka i otwiera oczy. Zamyka - żeby się lepiej skupić, otwiera – żeby nie zasnąć. Szkolenie BHP ma się ku końcowi.
- Tak więc, panowie – podsumowuje kierownik, ocierając szyję mokrą od znoju – w nowo-czesnym społeczeństwie klasa robotnicza jest siłą motoryczną. Jest – czy się to komu podoba czy nie – inspiratorem, sprawcą i kontrolerem, słowem: hegemonem. Na tym bym skończył. Przy następnej okazji porozmawiamy sobie o formach sprawowania władzy przez klasę robotniczą, czyli przez was. Są pytania?
Wstaje hegemon Łuka.
- Panie kierowniku... - zaczyna.
A kierownik:
- Ty, Łuka, lepiej siadaj.
To Łuka siada.
I po szkoleniu.
*********************
Tylko nastał upragniony kapitalizm, Łukę rozbolała wątroba. Nie pomagała robota na świeżym powietrzu, gołe baby w kioskach, czytanie harlekinów ani to, że starał się chodzić uśmiechnięty
Jednego dnia wrócił z pracy przed fajrantem. Nie rozebrał się jak czlowiek, wlazł w butach do pokoju, padł na kanapę, aż sprężyna pękła.
- Ogłaszam upadłość – powiedział.
- Ty nienapita świnio! – wrzasnęła kobita. - Chociaż byś zdjął buty!
- Ty głupia kobieto. Od dziś nie wyrzucasz skórek od chleba.
- Bo co?
- Zakład się rozleciał.
- Jezus Maria! - plasnęła się kobita w oba policzki naraz, bo jej zakład – też.
Leżał Łuka tydzień, drugi, ale mu się od tego nie polepszyło, odwrotnie: prócz wątroby, łeb zaczął pękać. Tylko wnuczka przed kolorowym telewizorem, kupionym na raty za przewidywany dobro- byt, piszczała z uciechy:
- Ociec, prać drogie omo!
- Nie ma co, trzeba coś robić – powiedziała kobita, a lat miała pięćdziesiąt.
Zrobiła kanapkę z serem, zawinęła na drogę w dobre słowo:
- Masz nie wracać bez forsy!
Łuka zarzucił łopatę na ramię, ruszył w świat robić interesy na własną rękę.
Nie długo szedł, nie krótko – w sam raz, żeby mu pęcherze pękły przy jakiejś farmie. Wyciągnął się wygodnie na poboczu. Akurat przejeżdżał jakiś gość.
- Co tak leżysz? - powiedział.
- A co ty tak stoisz?
- Jest robota.
- To rób.
- Dla ciebie.
- Skądżeś wytrzasnął mój adres?
- To wszystko moje - gość zatoczył nosem łuk aż po horyzont. - Wła- śnie kupiłem.
- A to moje – Łuka pokazał na chmury. - Nie dałem ani grosza. Ale patrz, cholera, uciekły.
Jak gadali, tak gadali, ale się dogadali. Bez formalności, nie kiwnąwszy palcem, Łuka się stał na nowo hegemonem, tyle że na czarno.
Na śniadanie dostał chleb ze szperką na tę swoją wątrobę. Pojadł więc suchego chleba, zapił wodą i wio do roboty. Harował cały dzień jak wół. Wieczorem dostał wszystko naraz: drugie śniadanie i całą resztę. Oczywiście, nie jakieś kaszanki – chleb ze szperką. Szmyrgnął szperkę w klomby, pokąsał chleb, łyknął wody, siusiu, paciorek – i w wyro. Na drugi dzień było podobnie, z tym że, zamiast paciorka, Łuka ciężko westchnął. Trzeciego dnia wieczorem usłyszał, że zarobił akurat na chleb ze szperką, które właśnie zjadł. Powiedział słabiutko:
- Ooo!
To był bunt.
Pięć minut po tym, jak się nie zjawił w robocie na czwarty dzień, przyleciał Drugi, któremu podlegał.
- Czego nie idziesz do roboty?
- Huśtajcie się na swojej szperce. Ogłaszam głodówkę.
Drugi zatkał ręką gębę i poleciał z nowiną do Pierwszego. Kiedy zobaczył, że ten po odebraniu wiadomości pęka z radochy, rozluźnił się i też zaczął rechotać. Nagle urwał, bo Pierwszy przyłożył rękę do gęby – milcz, serce! - i pognał, że tylko kurz.
Z Najwyższym to już była cała zabawa. Stanęli obaj naprzeciw siebie, a farmer pokazuje palcem na swój brzuch. Co pokaże – to rży. A Pierwszy za nim. A on za nim. A potem farmer pokazuje na brzuch Pierwszego – i buahaha! A potem Pierwszy pokazuje nieśmiało na brzuch Najwyższego. Tamtemu się spodobała taka poufałość.
- Jo-jo! - ryczy.
I dawaj! Robota stoi, a oni tykają się palcami w brzuchy. Do wieczora. Wyrechotali się za wszystkie czasy.
Wieczorem Najwyższy zwołał ludzi. Wódy nastawiał od groma, sam wlazł na wóz. Stoi, patrzy na tych swoich ludzi. Naraz podnosi rękę, macha do dołu, jakby krowę palował – aż przykuca – i jak wrzaśnie:
- A niech zdycha, durnia kawał!
I dureń zdechł.
Jurzy Pieczul





