dwa słowa o przemocy: Tadziu, popraw się, bo... I innym powiedz. Pierwszy list napisałem
m.in. z powodu durnej daty, a Ty sam piszesz: “08 maj”. Ósmy dzień, psia jego mać, mie-
siąca maja! Ósmy maja! 08 maja! Oczywiście “maj” na honorowym miejscu Darkowej stro- ny niepotrzebnie jest pisany dużą literą. Co innego “1 Maja” i “3 Maja”, gdzie “Maj” jest na-
zwą święta. Nikt się nie musi na mnie wściekać ani się wstydzić: mój drugi wyuczony za- wód i życiowa pasja – to językoznawstwo; od trzydziestu sześciu lat bardziej polskie niż ruskie. A błędy też mi się trafiają – wprawdzie tylko parę razy na dzień, ale zawsze. Napi- sałem: “Co rusz bym coś naprawiał. Nie powiem, sknocić też potrafię – dosyć wszechstro-
nny jestem”. O błędy w tekstach mniej chodzi, bo się tak w oczy nie rzucają, ale data jest
przecież na eksponowanym miejscu. Wchodzi ktoś – ho!ho! - na elitarną stronę, a tu, pa- nie: 08 maj! Ósmy maj, czyli ósmy z kolei miesiąc maj – więc ósmy rok, a dla Polaków błogi raj, bo maj jest jeden w roku, a łykendów nie zliczy. Teraz o przemocy poza szkołą.
Wojny, skrótowo mówiąc, z miastem zaczęły się chyba odkąd najstarsi koledzy przyszli w
mundurach na świat. Mundur wyróżniał i to starczyło. 14 – 20 lat to burza hormonów. Kiedy chłopaczek nie ma świadomego swej roli ojca, który jest najpierwszym nauczycie- lem i wzorcem, z burzy hormonów powstaje bomba z przyspieszonym zapłonem. Agresja u zwierząt - mówią biolodzy: “W człowieku jest całe zwierzę, w zwierzęciu – niecały czło- wiek” - jest instynktem, więc jest wrodzona – nie można jej mieć lub nie mieć: każdy ma niezależnie od woli. Od woli natomiast, czyli od poziomu nabytej kultury, zależy wysokość progu wyzwalania się agresji. U krzwdzonych dzieciaków, zapuszczonych, osamotnionych może być on bardzo niski – łatwo o wybuch. U obdarzonych rodzicielską miłością, śmiało kroczących po świecie, niezakompleksionych może być bardzo wysoki – daj boże Rongo wszystkim. Jeden leje w mordę, bo mu się ona nie podoba, drugi prędzej da się pobić, niż podniesie rękę na człowieka – kultura z reguły przegrywa. Choć nawet zając skoczy z zębami na wilka, jak mu się cierpliwość skończy. Ja dwa razy w życiu przegrałem, ale nie dlatego, że wysoka kultura, lecz na odwrót - z powodu nawalony jak stodoła. W 77, jak jeździłem na bizonie, przemodelował mi gębę w okolicy “Pod kotwicą” młodszy kolega ze szkoły. Później spotkałem w knajpie drugiego, co z nim był i próbował mnie – pamiętam przez mgłę – bronić. Powiedział mi, że ten bitny wziął mnie za ruskiego oficera z pobliskiej jednostki i lał, jak kiedyś Średnicki, za całą Polskę. Cholera wie, może coś bełkotałem po rusku. Nie mam do chłopaka pretensji, ale fakt, że mnie załoga nie poznała, jak wróciłem, a oni grali w karty. Ja zresztą siebie też nie mogłem poznać – dopiero po kurzajce na lewym palcu poznałem.
Z oczywistych powodów – przez mundury byliśmy mniej anonimowi i ogromna większość
nie była z Wrocławia, może były i wyższej rangi motywacje – nasi uczniowie nie byli agre- sorami. W moich czasach najbardziej atakowali naszych chłopcy z okolic kina “Polonia”.
Z jednym z nich – młodszym ode mnie – który najpierw wojował z naszymi, potem sam
skończył TŻŚ – poznałem się w Szczecinie, nawet mnie przenocował na beemce – był mechanikiem. Zdaje się, Jasiu Galiński z mojej klasy – miał serce do przezwisk – nazwał
ten rejon “paszczą lwa”. Był twórcą. Chyba jego autorstwa są też “Szprycha” i “Hiena”.
Niewyszukane przezwiska, ale mnie nazwał “Pelasią” - to, kurde, wyszukane? Przypisał-
bym mu również “Inczuczunę”, choć głowy nie dam.
Waldek pisał, że po pojedynku stał się w okolicy nietykalny. W moim czasie legendą był
starszy o dwie klasy Józio Klim – dżudoka i karateka. O takim karate jak dziś nie mieliśmy
pojęcia, ale ściany internatu poobijane kantem dłoni i pochylone w różne strony, to Józia robota. Jak zobaczyłem jego nieprawdopodobnie uśmiechniętą twarz na zdjęciu ze zjazdu, to w moim pokoju od północy z widokiem na morze (siedem kilometrów w prostej linii) od razu pojaśniało. A legenda o Józiu była taka: chodzi pod “Polonię” sam - nieduży przecież – i rozkłada piętnastu.
Bywało niewesoło. Marian Szwarc, jak wyszedł z marwoja i zaczął lekcje locji i nawigacji,
mówił nam, że najagresywniejsi z tego przeklętego rejonu (w jego szkolnych czasach) od-
siadują wyroki lub właśnie wychodzą. Pamiętam biednego Wacka Kożelucha, którego do-
padli na wałach, tak że długo leżał w szpitalu, a potem jeszcze dłużej chodził z odrutowa-
ną szczęką. Zdarzyła się nasza nie byle jaka akcja, o której wspomniał Tadzio Wydrych:
cały internat, gdzieś 500 sztuk, poszedł pod wodzą majora Wawrzyniaka w rejon “Polonii”.
Albo jesień-zima 1961/62, albo jesień/zima 1962/63. Kilkunastu nas mechaników i nawiga-
torów z najstarszych klas poszło na wabia. Nic się specjalnego nie działo, tylko paru kole-
dzy pogonili spać. Dopiero koło “Pinokia” ruszyła na nas bardziej zorganizowana grupa.
Też nic się nie działo, jeśli nie liczyć tego, że wialiśmy przed gradem kamieni i krzyczeliś- my: “Pasy! Ściągać pasy!” Zapamiętałem australijski widok: Czesiu Zobek z nawigacji sa-
dzi takie susy, że kangur by pozazdrościł. Za budynkami, które były i może jeszcze są
przewężką na tej ulicy (nazwy, cholera, nie pamiętam) objawiło się coś wzruszającego:
ogromny tłum w drelichach z majorem Wawrzyniakiem na czele. Nasi pościgowcy wyparo-
wali jakby ich w ogóle nie było. Wróciliśmy do bazy z poczuciem czegoś niespełnionego
(ja osobiście niekoniecznie, bo takich zamiłowań nigdy nie miałem), ale na to, by kogoś czapkami dla nauki nakryć, bym chętnie poszedł.
Była też inna akcja, o której w czasie jej trwania nie wiedział nikt, prócz piątych klas i pana
Trzęsickiego – wychowawcy (szedł z nami) . Uczestniczyło nas w niej około dwudziestu.
Poszło o to, że obywatele z “paszczy lwa” dopadli naszego chłopaka chyba z pierwszej
klasy, zabrali legitymację i kazali przyjść po odbiór z kasą. Nie pamiętam, kogo on w inter-
nacie poiformował, kto podjął decyzję, pamiętam tylko cichą wiadomość: idziemy. W cywi-
lach jako cichociemni. Chłopak pójdzie w mundurze na umówione z agresorami miejsce,
a my będziemy udawać przechodniów i dup...tupniemy szantażystów na gorącym. Posz- liśmy, spacerujemy pojedyńczo, podwójnie, potrójnie po Nowowiejskiej (?) we wzrokowym
kontakcie. Byłem nierozłączny z Waldkiem Bogaczem, a on – ze mną. Nie ma się co chwalić – byliśmy, plus Rysiu Kustanowicz, najsilniejsi w szkole. Owszem, Tadziu, mogłeś
Waldka położyć na rękę, ale nie na cztery czy pięć, czy, dajmy na to – na ogon. Zginacze przedramienia akurat się przy ciężarach tak bardzo nie angażują, chyba że ktoś specjalnie
nad nimi pracuje. Jak rybaczyłem, stałem przeważnie przy sterze – koledzy mieli słabsze wyczucie pojazdu. Kiedy chciałem im ulżyć – wyciągałem dwie siatki z piętnastu, dajmy na
to, metrów głębokości i wysiadałem. Ci stachanowcy wyciągali po sześćdziesiąt, osiem- dziesiąt – calutki boży dzień, dodaj wiatr, zimową temperaturę, fale, i wytrzymywali. Ale już
w boksie, przy piwie, żaden mnie nigdy nie położył na rękę, choć czasem byli bardzo blis- ko. A jak już chodzi o płyty jombo, rury – to szkoda gadać. Tak więc spacerujemy z Wal-dziem, a ja se myślę, co będę robił, jak trzeba będzie lać. Umieć to może trochę umiem,
bo z przyjacielem w podstawówce skądś wytrzasnęliśmy stare bokserskie rękawice i okła-
daliśmy się na ćwierć gwizdka całymi miesiącami bez chwili przerwy na lancz. Bardzo się
przepraszaliśmy, jak który za dobrze trafił. Nawiasem mówiąc, gadka z tym przyjacielem
była taka: jeden mówi, drugi grzecznie słucha. Jak mówiący skończył, słuchający czekał,
czy on coś jeszcze nie dopowie, i dopiero zaczynał swoje. Nie wiem, skąd się to u nas wzięło, ale jak masz znajomości, to może wartoby wprowadzić w telewizji albo i w domu -
nie stój, nie czekaj, pomóż. Chodzi o to, że do bitki nigdy nie miałem serca, więc mój kole-
ga napisał na stronie głęboką nieprawdę, jakobym miał uderzyć bosmana w Wyższej Sz-kole Marynarki Wojennej za to, że mi kazał podnieść papierek. Takie ci, widzisz, potrafią
wydać świadectwo – że jesteś najostatniejszy z ostatnich tumanów. Ale licho z tym – mnie
słowa specjalnie nie gryzą i nie swędzą, prostuję tylko dla prawdy. A z dwojga złego: emo-cje czy rozum – wybieram...no, kurde, nie pamiętam.
Łazimy z Waldkiem, łazimy – naraz jak coś łomotnie, wrzaśnie: “O Jezu!”, szum, krzyk i tu-
pot. Widzimy z Waldkiem: coś ucieka. To my za tym czymś. Wpadliśmy do bramy. W bra-
mie jakaś portiernia, ludzie, no i tych dwóch gówniarzy. Pach, trach – klucz sam się prze-
kręcił i jesteśmy zamknięci. Nie boimy się, bo słuszność jest z nami, a w razie czego... nie
ma się co chwalić. Starzy wyskoczyli na nas z gębą. Wyjaśniliśmy, kto jesteśmy i co tu ro-
bimy. Jak usłyszeli, że jesteśmy z powodu ich niewiniątek, nie uwierzyli – wezwali milicję.
I to jest, Szanowni Koledzy, może jeden z największych dramatów cywilizowanego świata (w dżungli było o niebo lepiej, mądrzej): rodzice dowiadują się ostatni i do ostatniej chwili
nie wierzą, że wyhodowali wandala, złodzieja, bandytę, chama, troglodytę – czyli mają gó- wniane pojęcie o wychowaniu. Ale ich też nikt dobry i wiedzący nie wyhodował, i ich rodzi- ców, i rodziców rodziców. Są całe pokoleniowe łańcuchy, skrótowo mówiąc, dobra i zła.
Nie ma niestety takiego prawa, które zabraniałoby sprowadzania na świat nowego życia
ludziom niezdolnym do obdarzania miłością, niemającym pojęcia o wychowaniu i niemają-
cym od siebie nic do dania. Nie myślę źle o ludziach wychowawczo nieporadnych. Cóż oni
biedni winni: nikt przecież nie tworzy sam siebie od początku – jest tworzony. Ale jeśli w
trakcie tego tworzenia kandydat na człowieka nie zostanie otwarty na poznanie, by od pe-wnego momentu w trudzie i znoju sam siebie po trochu tworzył – to kaplica, urodził się no-
wy manekin. Więc nie myślę źle o konkretnych ludziach – źle myślę o całej cywilizacji, która nigdy nie stworzyła obowiązującego wszystkich wieloletniego systemu przygotowu-
jącego do wychowywania dzieci. Moim zdaniem – mówię wyraźnie: moim zdaniem – nie
ma ważniejszej sprawy od edukacji. Powinna być na najpierwszym miejscu w budżecie.
Pierwszym, nie od razu, rzecz jasna, efektem byłby nie negatywny, jak dotąd, ale pozytyw- ny dobór nauczycieli. Nauczyciel to ma być wysoko opłacany fachowiec, mądry człowiek
i osobowy wzór cieszący się najwyższym społecznym autorytetem. Efekty – jak zdrowie,
bezpeczeństwo, galopująca nauka – przyjdą za, dajmy na to, sto pięćdziesiąt lat. Tak że
warto pomyśleć. Wnuki waszych prawnuków – bo ja, jako okropnie zimny, więc kaleki wy- chów, gwarantowanych emocjonalnych kalek na świat nie sprowadziłem - mogą mieć cie- kawsze życiowe cele niż kasa, fura i komóra.
Tak więc wylądowaliśmy z Waldkiem w komisariacie. Majaczy mi się, że byli tam już Jasiu
Charubin nawigator i Maniuś Stępień z mojej mechanicznej. Tłumaczymy głównemu glinia-
rzowi, w czym rzecz – rzecz jasna, o panu Trzęsickim ani mru-mru. A tu, panie, wchodzi
dwóch. Jeden dosłownie zalany krwią od stóp do głów. Od razu pokazuje na Jasia. Jan, zdaje się, nie zaprzeczył, ale że się uśmiechnął – to na pewno. I ja se zaraz przypomnia-
łem, że mignęła mi jego ciężka ręka, ale gdzie się zatrzymała, dokładnie nie widziałem.
Gliny wiedziały o naszych kłopotach z miastowymi, więc sierżant tylko pouczył dla formy,
że mamy nie organizować takich akcji na własną rękę, i nas puścił. W tamtym czasie chy- ba wiedziałem, w którym momencie i z jakiego powodu się zaczął łomot, ale że na wlasne
oczy za dobrze nie widzialem, to wszystko zapomniałem. Zachęcałbym kolegów, zwłaszcza właściciela legitymacji, by przypomnieli jak to było – czy szantażyści zostali przyłapani na gorącym uczynku żądania okupu, czy nie.
Opowiem o własnej przemocy. Wywalę to z siebie, bo siedzi niemal już 50 lat.
Może się trochę mylę, ale gdzieś chyba w 1960r. dostaliśmy telewizor z kolorowym szkłem przed ekranem. Nawigatorzy zrobili drewnianą, zamykaną na klucz skrzynkę, my mecha- nicy – stojak z prętów z napisem “TŻŚ”. No i się gapimy. A chodziło o dobranockę z Agat-
ką i Jackiem (?), no i o filmy. Najbardziej zapamiętałem film Hitchcocka...kurrr...zapom- niałem. Obowiązywały, rzecz jasna, zasady starszeństwa: w pierwszych rzędach – najsta- rsze klasy, dalej – drobnica. Prosiliśmy mniej więcej grzecznie – jako najstarsi, nie byliśmy
już tacy ostrzy jak wcześniej – starsi wobec nas – by nikt nie siadał na podłodze przed pierwszym rzędem. Chodziło o to, by ktoś nie kopnął przypadkiem stojaka, który miał no-
gi bardzo długie i wiotkie, co mogło zaszkodzić telewizorowi. No i się rozłożył przed nami
kolega z klasy o rok młodszej. Prosiłem grzecznie, żeby sp...lał. Nie słuchał. To wziąłem
i wyniosłem – ale nie jedną ręką, jak plótł dziecinnie jeden kolega. Za drzwiami świetlicy -
tymi od strony głównej portierni – puściłem. Przewrócił się. Może go trochę pchnąłem, ale
na pewno nie uderzyłem – z prostego powodu, że nie ma takiego czegoś we mnie i nigdy
nie było. Silny byłem i wypasiony od kołyski, jako że w wiosce Rakiszki na Wileńszczyżnie,
owszem, była bieda jak wszędzie, ale jednego nie brakowało: cukru. Nie miałem więc kompleksów (tatuś był w łagrach, więc w najważniejszym dla tworzenia się człowieka czasie – pierwsze trzy lata – mnie nie zakompleksił) słabego, choć mam kupę innych, i ni-
nigdy nie chciałem nikogo bić. Wstał i zaczęła się przekomarzanka. Kupa kolegów napu-szczała. Byłem z tych najsilniejszych w szkole, więc liczyli, że coś mocnego zobaczą. On
żądał, żeby się lać na miejscu, ja – żeby wyjść na dwór, nie robić widowiska. Chwyciliśmy
się tej świetnej różnicy – każdy stał twardo przy swoim – przez co do niczego nie doszło,
a ja nawet się dorobiłem komentarza: “tchórz”. No i dobrze. Nie ma w smarkatych latach
czegoś głupszego jak mordobicie bez powodu. Owszem, pierwszy użyłem siły, ale jeszcze
tego samego wieczoru zrobiło mi się głupio i jest do dziś. Mocno tego kolegę przepraszam
- czy jest gdzieś, czy nie. Wtedy nie potrafiłem. Nie pamiętam jego nazwiska (młodsi łat-wiej zapamiętują starszych), ale pamiętam inne rzeczy: był poważnym człowiekiem, spra-
wiedliwym, statecznym, z zasadami, więc nie przypadkiem był plutonowym w swojej klasie
- chyba mechanicznej, czyli z Leosiem Cynkiem, który został po roku samodzielnym me-
chanikiem na starszej beemce: pierwsza w ŻnO młodzieżowa załoga.

Na załączonym ob-
razku stoi – ten niewysoki – przy poczcie sztandarowym, po lewej ręce Tadzia Wy, który
przerasta wszystkich o cztery głowy (co cztery, to nie jedna).
Kłaniam się na razie z pomponikiem, chyba
będzie ciąg dalszy.
Jurek Pieczul (1963)
Cholera, zapomniałem jak się robi skan do komputera, nie mam czas przypominać, kiedy
indziej prześlę









Oczywiście, że się podpisuję pod Twoimi oczekiwaniami co do
prezydenta. I jeszcze bardziej oczywista oczywistość: wypowiedział się były wysoki dowódca z wojsk lotniczych, że
nie potrzebuje żadnej czarnej skrzynki, bo dla niego oczywiste
jest, że pilot musiał powiadomić o sytuacji obecnego na pok-
ładzie dowódcę wojsk lotniczych, ten z kolei - prezydenta.
Wszystkie obrzydliwe spiskowe teorie są po to, by zaciemnić
odpowiedzialność zakompleksionego kurdupla za śmierć dzie-
więćdziesięciu pięciu i własną. Żal, rzecz jasna, wszystkich.
Jeryk
Kurde, co mam pliknąć, żeby to ten?